środa, 16 grudnia 2015

Hejo, przepraszam was wszystkich bardzo, ale w poniedziałek się fatalnie czułam :( Wczoraj za to nie miałam czasu a wieczorem pojawiły się u mnie nowe okulary, do których jeszcze się nie przyzwyczaiłam i średnio w nich widzę (mam pryzmaty, które 'kierują' moje oczy w nieco inną stronę, na razie mi się jeszcze obraz rozmywa). Dzisiaj wrzucam wam pierwszy rozdział, a co do Rzeźnika, to jest mały problem... Zapodział mi się zeszyt, w którym piszę scenariusz xD Mam nadzieję, że niedługo uda mi się go znaleźć :P
Dobra, nie przedłużając, zapraszam do wyciskającego łzy rozdziału pierwszego...


                         1 - Przez Łzy

   Tak jak się umówiliśmy, John czekał przy wejściu do galerii. Niezbyt wysoki, niebieskooki blondyn. Delikatne piegi w połączeniu z łagodnymi rysami twarzy sprawiały przyjazne wrażenie. Miał na sobie dżinsy i czarny podkoszulek.
Znaliśmy się od kilku miesięcy, zdążyliśmy w tym czasie zostać bliskimi przyjaciółmi. Zawsze mogłam na nim polegać, nigdy mnie nie zawiódł.
  Jak zwykle przytulił mnie na powitanie.
 - Hej, coś się stało?
 - Niby dlaczego coś miałoby się stać?
 - Mówiłaś, że miałaś plany na dzisiaj, ale już nie masz. Poza tym widzę, że jesteś zdenerwowana. - W jego głosie słychać było, że się martwi.
 - Miałam się spotkać nad zalewem z tym Konradem, o którym Ci ostatnio mówiłam, ale kiedy już byłam na miejscu okazało się, że ma jakąś ważniejszą sprawę i nawet nie pomyślał, żeby mnie o tym poinformować.
 - Widzisz, mówiłem Ci, że z nim coś jest nie tak.
 - Eh, następnym razem posłucham twojej rady.
 - Ostatnim razem mówiłaś to samo...
 - Oj tam, oj tam.
  Rozmowa ciągnęła się dalej a my powoli kierowaliśmy się do domu Johna. Mieszkał poza miastem. Pomimo tego, że szliśmy dość wolno a droga była długa, nawet nie zauważyliśmy, kiedy dotarliśmy na miejsce.
  Przez jakąś godzinę właściwie tylko leżeliśmy koło siebie, od czasu do czasu wymieniając kilka słów. Wystarczała nam nasza obecność. W tej ciszy było coś uspokajającego. Leżeliśmy patrząc w sufit, słyszeliśmy nawet swoje najcichsze oddechy. W końcu przerwałam ciszę.
 - Twoi rodzice naprawdę chcieli, żebyś został księdzem?
John wybuchnął śmiechem a ja po chwili do niego dołączyłam.
 - Tak, powiedzieli, że całe moje rodzeństwo już jest dorosłe i już dla nich za późno, a wypadałoby, żeby chociaż jedno ich dziecko zostało księdzem.
 - Nie nadajesz się na księdza! - Nie mogłam przestać się śmiać.
 - Czemu? - Zapytał rozbawiony.
 - Bo nie! Choćby dlatego, że przyjaźnisz się ze mną. Ja jestem bardzo nienormalna, a ponieważ się z Tobą zadaje, ty też jesteś wariatem!
Oboje zwijaliśmy się ze śmiechu jeszcze przez kilka minut. Resztę dnia spędziliśmy oglądając horrory i grając razem w gry. Zrobiło się późno i musiałam wracać do domu. John stwierdził, że niebezpiecznie by było, gdybym o takiej godzinie szła sama, mieszkaliśmy daleko od siebie, postanowił mnie odprowadzić. Zrobiło się zimno, więc pożyczył mi swoją bluzę. Najpierw szliśmy drogą przez las, było strasznie ciemno, więc szliśmy ostrożnie i powoli. Kiedy dotarliśmy do miasta, padły na nas światła pierwszych latarni, przyśpieszyliśmy. Droga zajęła nam ponad godzinę, przebyliśmy ją w milczeniu. Mieszkałam w prawie stuletniej, czerwonej, jednopiętrowej kamienicy. Na dole był sklep obuwniczy i bank. Przed budynkiem rosło jakieś drzewo iglaste, nigdy się nie zastanawiałam jak się nazywa. Kiedy byliśmy już pod moim domem, nagle John się odezwał.
 - Co ty takiego widziałaś w tym Konradzie?
 - W sumie to sama już nie wiem... A co, zazdrosny jesteś? Widać było, że go zaskoczyłam tym pytaniem. Nie wiedział co odpowiedzieć.
 - Ja po prostu... Martwię się o Ciebie - Złapał mnie za rękę - Ostatnio spotykasz się z dziwnymi typami...
 - To nie twoja sprawa z kim i dlaczego się spotykam! - Odpowiedziałam, trochę bardziej agresywnie niż chciałam, wyrywając przy tym rękę z jego uścisku. Mój przyjaciel wyglądał na wstrząśniętego.
 - Karola, ja tylko...
Zorientowałam się jak głupie było moje zachowanie przed chwilą.
 - Przepraszam, trochę mnie poniosło...
Podszedł do mnie i objął mnie ramionami. Wtuliłam się w niego, wsłuchałam w bicie jego serca. John zanurzył twarz w moich włosach i szepnął mi do ucha:
 - Karola, jesteś moją najlepszą przyjaciółką. Jedyną przyjaciółką. Bardzo mi na tobie zależy. A ostatnio spotykasz się z naprawdę dziwnymi ludźmi. Martwię się o Ciebie, boję się, że któryś z nich w końcu bardzo Cię skrzywdzi. Jak na razie na każdym się zawiodłaś. Za każdym razem pocieszałem Cię. Mówiłem, żebyś odpuściła. Ale po kilku dniach znajdywałaś kolejny obiekt westchnień... - W oczach zaczęły mi się zbierać łzy - Jeszcze dzisiaj ten Konrad, dzieciak 2 lata od Ciebie młodszy, pali, pije, mówi tylko o sobie, ewentualnie o cyckach, miał w ciągu ostatniego roku z 15 dziewczyn, kto wie z iloma spał... Nie mówię Ci, żebyś się przestała spotykać z chłopakami, tylko, żebyś była ostrożniejsza, miała jakieś wymagania, standardy. Może poszukaj w innym towarzystwie..
 - Na przykład?
Jesteś harcerką, więc dlaczego nie poszukasz wśród harcerzy? W hufcu jest tylu naprawdę spoko chłopaków w twoim wieku, nie poznałaś nawet połowy. Poza tym nie raz widziałem jak niektórzy się za Tobą oglądają.
 - Co do harcerzy to mi już absolutnie wystarczy. Przez tych trzech do tej pory zdarza mi się nie przesypiać nocy...
 - Ale po dziesięciu trzynastoletnich 'gwiazdach facebooka' co to na co drugim zdjęciu pozują z papieroskiem, nadal nie masz dosyć?
Nie odpowiedziałam. Nie byłam w stanie wypowiedzieć słowa. Było mi strasznie głupio. Po prostu wtulona w przyjaciela płakałam i płakałam. Słyszałam, że koło nas ktoś przechodzi, ale nie obchodziło mnie to. John troskliwie mnie obejmował i uspokajająco głaskał po głowie. Myślałam jaka byłam głupia tyle razy myśląc, że to 'ten jedyny'. O tym, jak często ignorowałam ostrzeżenia najlepszego przyjaciela. O tym, ile razy go zaniedbałam, woląc romansować z kolejnym ładnym idiotą. Oraz o tym, jak ważny jest dla mnie John.
Minęło tylko kilka minut, ale zdawało się to trwać wieczność. W końcu powoli odsunęłam się od niego, nadal obejmując go w pasie ramionami. Spojrzeliśmy sobie w oczy. Moje całe czerwone, zapłakane, smutne. Jego błyszczące w delikatnym świetle pobliskiej latarni i gwiazd, zatroskane, współczujące. Widać było, że sam z trudem powstrzymuje łzy.
Pochyliłam się w jego stronę. Moje serce zabiło szybciej. Zawirowało mi w głowie. Delikatnie, z czułością pocałowałam przyjaciela w policzek. Ten, nie do końca przyjacielski, co z pewnością oboje odczuliśmy, oddawał cały mój smutek. Jednocześnie przepraszał za moje zachowanie i dziękował za wszystko. Trwał ledwie sekundę, ale nie zapomnę tej chwili do końca życia. Odsunęłam się od niego, odwróciłam na pięcie i ruszyłam w stronę drzwi. Nie odwracałam się za siebie. Kiedy weszłam już do domu i zdjęłam buty, wyjrzałam przez okno z którego był widok na miejsce, w którym przed chwilą  staliśmy. John stał tam nadal, nieruchomo, w takiej pozycji, w jakiej go zostawiłam. Patrzyłam na niego przez kilka minut. W końcu ruszył się, wydawało mi się, że spojrzał na okno, z którego go obserwowałam, a po chwili ruszył w stronę domu.
Wzięłam szybki prysznic, przebrałam się w pidżamę i położyłam do łóżka. Nadal byłam w szoku po wydarzeniach ostatniej godziny. Leżąc, płakałam w poduszkę, płakałam bez końca. Nawet nie pamiętam kiedy zmorzył mnie sen.

1 komentarz: